Dzień drugi czyli o radości płynącej z ważnych spraw

Obudziłam się o 9.00. No dobrze obudziłam się wcześniej, ale miałam w wielkim poważaniu wstanie z łóżka. Jak się idzie spać po trzeciej, to i trudno się dziwić. Wstałam, bo zadzwonił mój dręczyciel. Całą noc musiał myśleć, jak mnie zadręczyć. Wpadł na cudowny pomysł (tfu, żeby mu zielone żaby po kołdrze skakały, a niebieskie misie po ścianach tańczyły) żebym sama ułożyła listę zadań. W planowanie nie bawiłam się od jakiegoś czasu, dokładniej od momentu, kiedy stwierdziłam, że nie chce mi się, bo to i tak większego sensu nie ma, bo wszystko wywraca się do góry nogami. Ale dobrze. Chce, proszę bardzo. Naskrobałam siedem punktów. Nie miał powodów, żeby narzekać, ale to tylko mężczyzna, więc powody znalazł. I powykręcał wszystko kota ogonem. Eh, faceci.

W spisie nie ujęłam ćwiczeń na bark. Całkowicie o nich zapomniałam. Oczywiście pamiętał, tak samo jak o wszystkich innych zaleceniach sadysty rehabilitanta. Pomysł, żebym poszła do takiego zrodził się w jego głowie, ja uważam, że kiedyś samo by przeszło. W każdym razie lód sobie potrzymałam i maścią nasmarowałam. Ćwiczenia zrobię jak wrócę z wędrówki po mieście. Mam już serdecznie tego dość, a nie minęła jeszcze doba. To będzie trudny rok, bardzo trudny.
O jedna rzecz doszła do listy. Sama ją dopisałam, bo jest łatwa i przyjemna. Polega na drukowaniu. Karki włożyć, guzik wcisnąć.
Co do pozostałych rzeczy załatwiłam jedno spotkanie, bo musiałam. Resztę grzecznie przełożyłam na inny dzień. Upał jest i tego typu sprawy. Równie grzecznie nie poinformowałam o tym krwiopijcy. Nie będę przecież mu przeszkadzać. Miał ważne rzeczy do załatwiania i wiedziałam, że się do mnie nie będzie odzywał. Więc sobie pozwoliłam. Poza tym urodziny świętowałam osobistego staruszka, więc sami rozumiecie.
Z listy poszedł jeden punkt. Ale to też nie z własnej woli. Nieopatrznie powiedziałam o rowerze i jedno takie coś usłyszało. Pod wieczór zameldowało się u mnie ze sprzętem. Maślanymi oczyma popatrzyło na mnie i nie miałam wyjścia. Wyciągnęłam narzędzie tortur i pojechałam. 17,75 km 867 kcal, 1:28,59. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie ostatni odcinek. Polna droga, po której przeszła równiarka, nie przysłużyła się mojemu barkowi. Oj nie przysłużyła. Mam nadzieję, że zostanie to przez co niektórych wzięte pod uwagę.
Zakładam, że jak się odezwie, to lekko nie będzie…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>