Eksperyment

Nie wiem czemu się na to zgodziłam. Upał, jak nic upał wpłynął źle na moje szare komórki. Od dwóch tygodni temperatura dochodzi do 40 stopni. To pewnie dlatego przystałam na ten głupawy eksperyment. Teoretycznie zawsze mogłam się wycofać. Teoretycznie, bo praktycznie ambicja mi nie pozwalała. Zresztą rok, to nie wieczność. Poradzę sobie.

Dzień pierwszy, a właściwie pierwszy wieczór
Eksperyment zaczął się 12 sierpnia 2015 r. o godzinie 19.20. Tego dnia nad Ziemią leciał rój Perseidów. Jak nic musiał wypowiedzieć życzenia i dlatego dałam się złapać w sidła. A więc… Tak, wiem nie zaczyna się zdania od a więc… A więc o 19.20 zmęczona upałem, przejedzona lodami i przygnieciona problemami w pracy, bolesnością barku, przedłużającym się remontem i podobnymi równie pięknymi sprawami siedziałem przed kompem i grałam w jakąś kretyńską grę polegającą na dopasowywaniu połówek motyli. Takie gry rozwijają przecież umysł, ćwiczą pamięć, a poza tym miałam przejść jeszcze tylko jedną komnatę. Wtedy właśnie odezwała się komórka. Była dokładnie 19.20.
- Wsiadaj na rower i jedź – usłyszałam krótki komunikat.
Ochoty większej nie miałam. I normalnie bym kazała mu się pocałować gdzieś, powiedzmy w czubek nosa, ale przypominałam sobie, że dziś miał się zacząć eksperyment. Zatem wsiadłam na ten rower i pojechałam przed siebie. Mocno sobie wyrzekałam w duszy, ale pojechałam uczciwie 20,18 km. Spalone 976 kcal. Średnia prędkość 14,6 km. Wracałam już po ciemku. Ale co tam światła mam, więc spokojnie dałam radę. Żaden dzik na mnie nie wyskoczył, co najwyżej kilku biegaczy, rolkarzy, a panowie siedzący na ławeczce przed sklepem, powiedzieli mi grzecznie „dzień dobry”. Kiedy wróciłam, dałam się jeszcze wyciągnąć na nocne podlewanie drzew. Wyglądało to tak, że dwóch człowieków podlewało, a ja im towarzyszyłam. Miła byłam, a co. Później z poczuciem dobrze spełnionego pierwszego dnia eksperymentu usiadałam przed telewizorem i zaczęłam oglądać film. Kiedy zaczęłam łapać o co chodzi, znów zadzwonił.
- Jak tam rower? – zapytał
- Cały. Nawet go nie obdrapałam. – Postanowiłam błysnąć dowcipem.
- To dobrze. Przyda się jeszcze. Co robisz?
- Film oglądam. Nawet niezły. Taka jedna, łowczyni nagród…
Nie dane było mi dokończyć. No cóż sam się pozbawił ciekawej opowieści o pięknej kobiecie i mężczyźnie z kaloryferem na brzuchu. Rozmowa zakończyła się wydaniem kilku poleceń do wykonania. Jednych z nich było napisanie raportu, co niniejszym czynie, siedząc przy wentylatorze i popijać niezdrową pepsi zero. Piję póki mogę, bo niestety wszystko wskazuje na to, że skorzysta ze wszystkich swoich uprawnień. Jakby ktoś to czytał, to ostrzegam – mężczyznom nie można ufać. Wykorzystają człowieka (czytaj kobietę) do ostatnich możliwości.
Z człowiekiem od projektów się skontaktowałam. No dobrze napisałam do niego na fb i czekam na wiadomość. Do kolejnego człeka też zamierzam wysłać wiadomość. Ostatecznie po coś internet wynaleziono. No i wysłałam. Przy tej okazji oberwało się także korektorce. Oberwało się tym sensie, że niespodziewanie w środę, dostała tekst do sprawdzenia. Chyba padnie z wrażenia i każe mi zmierzyć temperaturę. Ale to nie moja wina. Absolutnie nie moja.
Wywołane zdjęcia opisałam. To już jest szczyt perwersji, żeby tego wymagać. Mogły sobie niepodpisane leżeć. Przecież i tak wszystko mam w kompie z datami. Porządek w albumie – słyszał ktoś o podobnych bezeceństwa? Ja nie. Do albumu nie wrzuciłam, znaczy się nie włożyłam, bo leży w bliżej nieokreślonym miejscu. Remont przecież mam. Mogę nie wiedzieć gdzie.
Kto wymyślił, że trzeba mieć porządek w papierach? Na pewno jakiś mężczyzna, żadnej kobiecie nie przyszłoby to do głowy. Jemu przyszło. I mam pięknie posegregowane i pochowane po segregatorach. Na szczęście to było ostatnie zaplanowane przez niego działanie na dziś.
Kiedy skończyłam była 1.18. Z satysfakcją do niego zadzwoniłam. Skoro ja nie spałam, on też nie musiał. Tyle, że zapomniałam, że to cyborg jakiś i nie śpi nigdy.
- Długo ci zeszło – stwierdził.
- Trochę tego było.
- Niemniej coś za długo. Co robiłaś jeszcze?
- A co miałam robić? Nie przesadzasz. Wystarczy jak na jeden wieczór.
- Co robiłaś poza tym co ci kazałem.
- Nic, absolutnie nic.
- Ciekawe zatem skąd się wzięło polubienie na fb.
- Przez wciśnięcie „lubię to”.
- Marnowałaś czas, który miałaś na zadanie.
- Ej, ty opanuj się, tego w umowie nie było.
- Ej, ty w umowie było, że żyjesz według ustalonych przeze mnie zasad, o ile nie zagrażają twojemu, życiu, zdrowiu, nie są niezgodne z prawem i nie wykraczają poza ogólnie przyjęte normy społeczne.
- Piekielny prawnik.
- Zapomniałaś dodać piekielnie dobry prawnik.
- Nie zapomniałam. Zauważam, że nie zaznaczyłeś, że mam się zajmować wyłączenie twoimi poleceniami.
- Zatem zaznaczam. Marnujesz niepotrzebnie czas.
- Wcale nie. Wchodzenie na fb to część mojej pracy.
- Nie przeczę, ale nie wtedy jak wykonujesz to co ci każę. Zatem moja droga panno, koncentrujesz się zawsze, powtarzam zawsze, na tym co ja ci każę. Żadnych pobocznych czynności. Czy wyrażam się jasno?
Przez chwilę zastanawiałam się.
- Jasne? – powtórzył.
- Eh – westchnęłam. – Jasne.
- To teraz wrzucisz pisaninę na bloga, posiedzisz z lodem na barku, bo zapewne zapomniałaś (fakt zapomniałam), weźmiesz prysznic i pójdziesz grzecznie spać. Dobranoc.
Wyłączył się skubaniec. No dobrze przeczytam i idę poszukać jakiegoś łóżka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>