A w Honolulu pada śnieg

29 czerwca 2014 r. (niedziela)

O ósmej (niedziela jest!) obudził mnie telefon. Badmintoniści dzwonili, żeby oświadczyć, że jeszcze grają. Powiedzmy, że miałam ochotę zabić, natrzeć solą i chili i tak ze cztery razy. Obudzili to wstałam, włączyłam komputer i zrobiło mi się samej siebie żal i w ramach współczucia do własnej osoby poszłam spać. Budzik zadzwonił przed dziesiątą. Dwie dodatkowe godziny snu to cudowna rzecz.

A później w spokoju zjadłam śniadanie (dwa kawałki razowego chleba z sojową wędliną i masę czereśni). I sobie przypomniałam o wędkarzach. Trzeba było iść. Ryby brały, ale… wczoraj. A podczas zawodów oczywiście największe okazy urywały się z haczyków. Inaczej się nie da.

A później wróciłam, zgrałam zdjęcia, wypiłam kawę i stwierdziłam, że nic mi się nie chce. Pogoda jest okropna, nikt mnie nie kocha i takie tam inne. Po czym zjadłam ciastko francuskie z jakimś kawałkiem słodkiego czegoś i kawałek czekolady i położyłam się, żeby spokojnie móc kontemplować swoją niechęć do życia. Po jakiś 30 minut zadzwonili z propozycją wycieczki rowerowej. Grzecznie odmówiłam, bo przecież mi się nie chciało. A rower trzeba wyprowadzić, wsiąść na niego, pedałować. Same straszne rzeczy. Jeszcze dobrze nie odłożyłam telefonu, gdy zabrzmiała znajoma melodyjka. Obrzydliwiec. Jakże by inaczej. Grzecznie zapytał co robię. To równie grzecznie odpowiedziałam, że leżę i patrzę w sufit. A później się zaczęło.

- Nie masz ciekawszych zajęć?

- Obecnie sufit frapuje mnie najbardziej.

- Jak porządki? Drabina stoi nadal na środku pokoju?

Pewnie że stoi. Przecież jej nie wyniosłam. W szafie trzeba posprzątać. Kiedyś.

- U ciebie też jest duszno? – próbowałam zmienić temat.

- Jest. Zatem stoi?

Westchnęłam.

- A wiesz, na rower mnie chcieli wyciągnąć. Ale mi się nie chciało (żeby mi język obcięli i w gorącej wodzie wyparzyli przed przyszyciem. Powinnam myśleć, zanim coś powiem)

- Bo?

- Bo jest parno i na pewno będzie padać. Poza tym późno chcą jechać – usilnie szukałam wymówek. – Poza tym kolano mnie jakby boli.

- Jakby? – drwina w jego głosie była wręcz wyczuwalna.

- Nie lubię cię.

- Wiem. Pięć minut ci wystarczy?

- Na to, żeby cie polubić? Nie jestem pewna.

- Na to, żeby zadzwonić i powiedzieć, że jedziesz.

- Ale ja nie jadę. Nie chcę mi się. Nie mogę.

- To nie są argumenty.

- Są.

- Nie. Za cztery minuty grzecznie dzwonisz i mówisz co załatwiłaś.

Rozłączył się skubaniec. Ale chociaż o drabinie zapomniał. Nawet ucieszyli się, że jadę. Miałam przed sobą dwie godziny. Mogłam leżeć i patrzeć w sufit. Niecałe dwie, bo rozmawiać chciał dłużej. Jakby nie wystarczyło: „pojadę”. Rozmowa była z tych wrednych. Na logiczne argumenty o prawie do decydowania o sobie, o umowie, o moich wymaganiach co do relacji słyszałam tylko jedno: „tak, tak. A w podobno Honolulu spadł śnieg, wiesz?”.

Zanim pojechałam na rower, ogarnęłam jeszcze stronę internetową, pisząc krótki tekst, wstawiając zdjęcia i informacje na fb. A później czekało mnie pedałowanie. Dwie godziny. Około 30 km. Tak pi razy oko. Przy okazji mam całkiem ładne zdjęcia. Tyle, że mogłam pojechać samochodem i je zrobić. No i nie powiem co mnie boli. Ale piekielnie dobrze mi z tym. Poważnie.

Poprawiłam jeden artykuł i idę spać. Jutro będę gonić. Ale to jutro.  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>