Niech mu dobry Bóg wybaczy

Dla trzech wspaniałych kobiet: prababci, babci i mamy

 

Są takie dni, które pamięta się do końca życia, każdą płynącą sekundę. Zamykam oczy i powracają wspomnienia. Nigdy o tym nie opowiadałam. Do dziś. Dlaczego to zrobiłam? Mój czas tutaj już się kończy. Chciałam, aby ktoś o tym wiedział. Przez całe życie chodziłam do kościoła i modliłam się o spokój duszy mojego ojca. Mam nadzieję, że dobry Bóg wybaczył mu to co zrobił.

 

Była zima. Pierwsza wojenna zima. Małe miasteczko w centralnej Polsce. Miałam piętnaście lat. Byłam najmłodsza z piątki rodzeństwa. Taki wyskrobek. Najstarszy brat Józek zaginął gdzieś na froncie. Podobno przedarł się do Francji. Młodszy Jasiek ukrywał się. Obie siostry Janka i Zocha miały już swoje rodziny. W domu pozostałam tylko ja i rodzice. Było jeszcze ciemno, gdy ojciec wstał i zaczął przegarniać popiół w piecu. Nie miałam ochoty wychodzić. Przytuliłam się mocniej do mamy. Już nie spała.

- Maryś musisz wstać. Obrządek czeka – powiedziała i lekko się uśmiechnęła.

Nienawidziłam tego całego obrządku. Nienawidziłam tych wszystkich zwierząt. Kur, świń, krowy. Nie chciałam wychodzić z domu. Chciałam raz poleżeć dłużej. Mama pogładziła mnie po włosach.

- Panna się już z ciebie robi. Za mąż ci trza.

- Nigdy nie pójdę za mąż. Nigdy! – krzyknęłam i wyskoczyłam z łóżka.

Ojciec pomógł mi zdjąć z kuchni wielki kocioł kartofli. Gotowaliśmy je dla świń. Dwa razy dziennie dostawały taką porcje. Dosypywało się do tego śrut, a latem pokrzywy albo inną zieleninę. Razem z ojcem wynieśliśmy gar na zewnątrz. On poszedł do kuźni. Ja odparowywałam kartofle. Gorąca woda spływała na śnieg. Bezmyślnie patrzyłam na obłok pary, który się wytworzył. Było słychać ryczenie krowy. Wtedy na podwórko wpadł Antek od Lewandowskich. Kręcił się koło Niemców, zawsze miał najświeższe nowiny. Dzięki niemu udało się ukryć Apelbaumów.

- Gdzie ojciec? – zapytał.

Skinęłam głową w kierunki kuźni. Pobiegł w jej kierunku. Już wtedy wiedziałam, że coś się musiało stać. Może jakieś wieści o Józku. Cicho podeszłam bliżej. Drzwi były otwarte.

- Mają dziś w nocy wywozić kaleki – dobiegł mnie głos Antka.

Zatkałam dłonią usta. Odeszłam. Łzy leciały mi po policzkach.

- Boże, nie, proszę nie! – szeptałam. – Zrobię wszystko, tylko spraw, żeby to się nie stało.

Szeptałam słowa modlitwy robiąc obrządek. Błagałam. Mama, moja mama. Od piętnastu lat nie wstawała z łóżka. Paraliż. Ojciec woził ją po lekarzach i znachorach. Wydał majątek. Nikt nie umiał jej pomóc. Była przykuta do łóżka, ale była. Ciepła, kochana, zawsze gotowa wysłuchać, przytulić. Kiedy na początku esesmani powiedzieli, że chcą leczyć chorych i kalekich, ludzie sami się zgłaszali. Ojciec nie poszedł. Jednak byli głupie, co uwierzyli. Podobno rewelacyjne lekarstwo mieli mieć, do sanatorium wieść. A później znaleźli ich. Na polanie, gdzie zawsze rosły piękne prawdziwki. Leżeli jeden obok drugiego. Wyleczeni na zawsze. Później już nikt się nie zgłaszał, ale i tak się dowiadywali i zabierali. Wywozili gdzieś daleko. Nie wiadomo gdzie. Pewnie leżeli, gdzieś w niepoświęconej ziemi. Bez pogrzebu, bez modlitwy.

Mama o tym wiedziała. Nie wiem jak, ale zawsze wszystko wiedziała.

- Władziu, nie pozwól, by mnie zabrali – mówiła.

I pamiętam, jak ojciec jej to obiecał. Przysiągł na krzyż, który wisiał nad drzwiami.

Kiedy tamtego dnia weszłam do domu, ojciec siedział przy łóżku mamy. Trzymał ją za rękę. Rzuciłam się z płaczem ku niej.

- Mamuś, nie chcę. Nie!

- Cichaj, Maryś. Cichaj. Tak będzie najlepiej. Leć po wszystkich. Chcę się z wami pożegnać.

Pobiegłam co sił w nogach do Zochy i Janki. Janka niedawno rodziła. Mama tak bardzo cieszyła się z wnuczki. Siedzieliśmy wszyscy w izbie. I tylko mama się uśmiechała.

- Pamiętajcie, żeby się modlić codziennie. I nie zapominajcie o ojcu. Maryś, niech mieszka z tobą. Dbaj o niego. On lubi, żeby skwarki były prawie spalone.

Nie umiałam powstrzymać łez. Nie widziałam nic. Odmawialiśmy kolejne dziesiątki różańca wierząc, że najświętsza Panienka się za nami wstawi, że nie przyjdą, ominą nasz dom. Zmrok nastał szybko. Mama kazała nam się przytulić. Do dziś pamiętam jej zapach. Zapach rumianku i mięty. Śpiewaliśmy „Kiedy ranne wstają zorze…” kiedy do chałupy wpadł Antek.

- Są u Kacperskich – krzyknął tylko i pobiegł dalej.

Mama spojrzała na nas, podniosła rękę i pobłogosławiła.

- Już czas. Władyś, już czas – powiedziała do ojca. – Powiedzcie Jaśkowi i Józkowi, że ich kochałam, tak samo jak was.

Ojciec wyciągnął małą buteleczkę. Pomógł jej podnieść się. To był mały flakonik, taki jaki sprzedają w aptekach. Chciała go wziąć, ale jej nie pozwolił. Sam przytknął do ust.

- To mój grzech – dobiegł mnie jego szept

Wypiła wszystko. A później to już trwało chwilę. Ojciec cały czas trzymał ją w objęciach. Pierwszy i jedyny raz w życiu widziałam, że płakał. Kiedy ci przeklęci esesmani weszli do nas, mama już nie żyła. Odeszła tak jak chciała, wśród swoich. Pochowaliśmy ją na cmentarzu obok rodziców i rodzeństwa. Ksiądz odprawił za nią mszę.

Przeżyliśmy wojnę. Potem nastały inne czasy. Nie wspominaliśmy tamtego dnia. Wiedziałam, że ojciec nigdy sobie tego nie wybaczył. Nigdy nie poszedł do spowiedzi, nie przyjął komunii. Odebrał życie osobie, którą najbardziej pod słońcem kochał. Kiedy umierał, umierał z jej imieniem na ustach.

 

Jedna myśl nt. „Niech mu dobry Bóg wybaczy”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>