JAnioły i przekleństwo uległości

Z dedykacją dla Joanny

 

Wstęp

Upał był nie do zniesienia. Żar lał się z nieba strumieniami, jakby ktoś na górze pomylił strefy klimatyczne. Mimo pootwieranych okien i drzwi firanka nawet nie drgnęła. Strumień wiatru wytwarzał jedynie mały wentylator stojący na biurku.

Kobieta siedząca przy biurku bezmyślnie wpatrywała się w przeciwległą ścianę. Błękit, który przez lata spłowiał absorbował jej uwagę do tego stopnia, że nie zauważyła, że jak ktoś wszedł do pokoju. Mężczyzna stał w drzwiach. Był niski, korpulentny. Mankiety białej koszuli wystawały spod idealnie dopasowanej marynarki. Mimo panującego upału na jego czole nie było ani kropli potu. Kobieta dopiero po dłuższej chwili zorientowała się, że nie jest sama. Skierował wzrok w stronę mężczyzny.

- Idź sobie – warknęła, prawie nie otwierając ust.

Ciszę przerywał tylko nieustający szum łopatek wiatraka. Kobieta wróciła do interesującego ją zajęcia. Nadal wpatrywała się w ścianę. Mężczyzna nie poruszył się. Całkowicie zignorował jej polecenie. Nadal stał w drzwiach. Mijały kolejne minuty. Obraz nie ulegał zmianie.

- Przestań, przestań już – krzyknęła nagle kobieta, chwytając się rękoma za głowę. – Nie chce tego, słyszysz, nie chcę.

Mężczyzna nie zwracał najmniejszej uwagi na jej prośby. Nadal stał w drzwiach.

- Nie jestem janiołem, nigdy nie będę. To nie ja. Pomyliłeś się. Chce tylko umieć zapanować nad tym. Czuć ciepło. Nie potrzebuję niczego więcej.

- Potrzebuję cię – powiedział w końcu mężczyzna.

Jego głos sprawił, że zadrżała. Pomyślała o Annie. Przed oczyma miała jej obraz. Gdzieś w zakamarkach mózgu otworzyła się szufladka, w której leżała kartka z zapisaną przed miesiącami rozmową słowa, które wtedy były tylko jedną z wielu opcji, dziś nabrały kształtu.

- Pojawiłaś się, bo będę potrzebować ochrony, silniejszej niż ta, która mam teraz. Taka karma, czy jak mawiał mój znajomy pasza – pisała wtedy Anna.

Wtedy… Tak dawno, dawno temu. Całe trzy miesiące. Wtedy jej nie wierzyła. To co się działo było zbyt nierealne, aby uwierzyć.

Pół roku temu poznała Annę. Nie tylko poznała, co przeczytała kilka zdań, wrzuconych na jednym z czatów. Na głównym ekranie wśród dziesiątków reklam pojawiło się kilka zdań.

„- Kobiety to takie naiwne stworzenia. Niby to takie wyzwolone, silne i samodzielne, a jak co, do czego przyjdzie wystarczy kilka słówek i pójdzie na kraniec świata – pomyślał i pogładził po włosach swój ostatni nabytek Poznał ją jak całą resztę, na stronie bdsm. Lubił tam zaglądać. Ostatecznie to była jego strona i musiał ją czasem kontrolować. Siedziały na niej głównie marzycielki i kilku frustratów.”

Próbowała wtedy zwrócić się do autorki, ale została potraktowana jak natręt. Grzecznie spławiona. Później za każdym razem kiedy widziała jej nick, miała nadzieję, że dowie się jak co było dalej, że pojawią się następne zdania. Ale nie miała szczęścia. Aż pewnego razu pisała z jednym ze starych znajomych. On dał jej namiar na bloga. Rzadko czytała cudze blogi. A jeszcze rzadziej wracała do tych już przeczytanych. Od tego nie umiała się oderwać. Opowiadania były inne. Dziwne i inne. Czasem czytanie ich bolało, tak bardzo, że przerywała. Kiedy pojawił się wpis dotyczący 40 urodzin autorki odważyła się jeszcze raz. Napisała do niej. I później wszystko potoczyło się szybko. Jeden wielki sen, który spełniał się na jawie. To co brała za fikcję, co miało być tylko marzeniem okazywało się prawdziwe. Trudno było jej uwierzyć w wielkokrotne orgazmy, dojście na zawołanie, ale największe zdziwienie wywoływała zdolność odczuwania kogoś innego. Nie sprzeciwiała się, kiedy Anna jej o tym opowiadała, ale nie wierzyła, że to się dzieje. Wielokrotnie czytała rozdział Stadniny dotyczący fetyszu. Nie ciągnęło ją pony play, ale w tam było cos więcej. Zaczęła tego czegoś pragnąć, w końcu posmakowała. Poznała Janioła. Od samego początku budził w niej dziwny, niesprecyzowana lęk. Przez skórę czuła kłopoty. Bardzo duże kłopoty. Próbowała unikać rozmów z nim i równocześnie nie umiała się mu oprzeć. Niemiłosiernie wkurzał ją. Doprowadzał do szewskiej pasji. Kazała mu spadać. A później, kiedy zawaliło się jej życie zaczęła go szukać. Była zagubiona w tym wszystkim. Znów pozwoliła się komuś skrzywdzić. Uwierzyła, że spotkała swojego jednorożca. Okazało się jednak, że jednorożec był tylko zwykłym koniem ze słabo przyklejonym rogiem. Niepokój ją rozsadzał od środka. Nie potrafiła się na niczym skupić, nic zrobić. Siedziała na czacie i odsyłała do diabła kolejnych dominujących. Chciała pogadać z Janiołem, a tego ciągle nie było. Zniknął gdzieś. Mężczyzn nigdy nie ma jak są potrzebni. Potem się pojawił. A wraz z nim przyszło „to”. Rozum podpowiadał jej, że to niemożliwe. Ale przestała słuchać rozumu. Cieszyła się każda kolejna chwilą, gdy czuła niewidzialny dotyk. Odkrywała to o czym pisała jej Anna i było to dużo lepsze niż wszystkie słowa. Poznała czym jest tęcza. Jednej rzeczy nie rozumiała. Skąd brał się ból? Nie poczuła go. Nie wiedziała czemu Anna tak często o nim pisze. To co dostawała było radością. Budząc się miała ochotę śpiewać: „cała jesteś w skowronkach”.  Szczęście nie trwa wiecznie. Godzinę temu poznała drugą część tego świata. I przez tę godzinę wpatrywała się w wyblakłą ścianę.

 

Rozdział pierwszy

Pamiętnik Anny czyli jak to wszystko się zaczęło

Wszystko ma gdzieś swój początek. Moja historia to historia dwudziestu pięciu kobiet. Właśnie zatoczyła koło. Przyszedł czas na ostateczne rozwiązanie. Zaczęło się od pra….. babki. Miała na imię Bolemira, Miłująca Pokój. Po niej odziedziczyłam urodę. W każdym kolejnym pokoleniu rodziła się jedna kobieta, która była jej odbiciem. Fizycznym i psychicznym. Przychodziłyśmy na świat z piętnem Bolemiry. Kobiety w naszym rodzie bały się porodów. Robiły, co mogły, by nie zajść w ciąże i oddychały z ulgą, gdy na świecie pojawiła się dziewczynka ze specyficznym znamieniem na prawym pośladku, granatowych oczach i czarnych włosach.

- Znak diabła – szeptano po kątach przez wiele, wiele wieków.

Moich urodzin nie pragnął nikt. Matka miała niespełna 15 lat. Nigdy jej nie poznałam. Zmarła zaraz po moim urodzeniu. Została pobita do nieprzytomności i zgwałcona przez nieznanych sprawców. Mówiono, że był wśród nich jeden z synów miejscowego notabla, dlatego sprawie ukręcono łeb. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży nie powiedziała nikomu. Jak było już widać dziadek zaprowadził ją do lekarza. Ten nie zgodził się usunąć. To był już siódmy miesiąc. Dziadek wygnał ją z domu. Nie chciał bękarta. Był XX wiek, a on nie chciał bękarta. Matka była nieletnia, nie wiedziała, co robić. Przygarnęła ją Ludomira. Kiedy się urodziłam miała już 40 lat. Też była naznaczona. Jako pierwsza zerwała z tradycją imienia. W moim nie znalazła się końcówka „mira”. Była Ania. Mimo znamienia, mimo wszystkich oznak, że jestem „wiedźmą” Ludomira uparła się, że zapewni mi normalne dzieciństwo. Nie było jej łatwo. Rodzimy się z darem, darem wiedzy, jasnowidztwa i przekleństwem uległości.

„Wiedźma” to słowa towarzyszyły mi przez całe dzieciństwo. Wiecie, że wiedźma w czasach przedchrześcijańskich oznaczała kobietę posiadającą wiedzę, związaną z ziołolecznictwem, medycyną, przyrodą. Zaś niewiasta była tą głupiutką……

Wszystko zaczęło się od Bolemiry. A było to tak…

Był piękny czerwcowy poranek. Właśnie zaczynał się najdłuższy dzień w roku. Promienie słońca właśnie pieściły skórę Bolemiry. Stała pośrodku łąki. Trawa nasiąknięta była rosą. W powietrzu unosił się zapach kwiatów. Ptaki w najlepsze kontynuowały swoje trele. Uwielbiała te chwile. I wtedy poczuła, że coś się przydarzy, coś co odmieni jej życie. Dziś stanie się kobietą. Dziś poczuje pierwszą rozkosz. Prawie rok czekała na tę chwilę. Jej plemię surowo przestrzegało starych zwyczajów. Wiedziała, kto będzie tym, który odkryje przed nią tajemnice rozkoszy. Pragnęła tej chwili. I nagle poczuła dziwny niepokój. Napięcie, którego nie mogła się pozbyć. Czekała na wizję, na podpowiedź z tego innego świata. Ta jednak nie nadeszła. Po raz pierwszy miała wrażenie jakby coś zatrzymało obrazy. Wizje były częścią jej. Odkąd pamiętała zawsze mogła na nie liczyć. Umiała je przywoływać. A teraz pustka i strach. Zniknęła gdzieś radość poranka, wyblakły barwy kwiatów, nawet ptaki przestały śpiewać.

- Jesteś moja, chodź – usłyszała.

Głos dobiegał z daleka. Był przytłumiony, ale jednocześnie tkwiła w nim siła. Bała się go. Chciała schować się przed nim, a jednak dźwięczał w jej głowie. Był coraz bardziej nachalny.

- Idź sobie – krzyknęła, mając nadzieję, że to wystarczy.

Nie wystarczyło. Głos cały czas ją przyzywał.

- Chodź. Moja wiedźma. Czekam na ciebie. Już czas.

Zrobiła jeden krok. Drugi. I nagle odwróciła się i zaczęła biec w przeciwną stronę.

- Nie uciekniesz. Każda strona i tak zaprowadzi cię do mnie. Byłaś moja zanim narodziło się słońce i gwiazdy i moja pozostaniesz.

- Nie – krzyknęła tak głośno jak tylko mogła, chcąc zagłuszyć ten głos.

Nagle wszystko się zmieniło. Na łąkę wtargnęli odziani w skóry jeźdźcy.

- To ona. To jej nasz Bóg chce.

Zaczęła szeptać pod nosem zaklęcia. Nie pragnęła zrobić im krzywdy. Chciała tylko, aby zapomnieli o niej, o tym, że ją widzieli i wrócili znów na główny trakt. Przez chwilę jeźdźcy stali zdezorientowani. Już mieli opuścić miejsce, w którym stanęli, gdy w jej głowie znów pojawił się ten głos.

- Niezła próba. Całkiem niezła. Całkiem, ale to za mało. Masz pecha. Znam cię, zbyt dobrze.

Czuła się zagubiona. Nie widziała. co się dzieje. Czego chce od niej ten człowiek, ani kim jest. Mężczyźni siedzący na koniach otrząsnęli się. Próbowała dalej rzucać czar, ale oni nie poddawali się jemu. Jej myśli trafiały na mur. Jeden z nich podjechał do niej. Zaczęła uciekać. Biegła ile miała sił.

- Byle do lasu – myślała – Tam nie dadzą rady mnie złapać.

Jeźdźcy też o tym wiedzieli. Kiedy już była na skraju upragnionych drzew siedzący na koniu dopadł ją. Zablokował drogę ucieczki. Chwycił za długie włosy. Zabolało. Nie zważał jednak na to. Był obojętny na jej krzyki. Poczekał, aż jego towarzysz zbliży się do nich.

- Nie opieraj się. To nie będzie bolało – znów ten piekielny głos.

Spokojnie pozwoliła wsadzić się na konia. Nigdy wcześniej nie jechała na tym zwierzęciu. Siedziała okrakiem. Jej skóra stykała się ze skórą konia.

- To nawet miłe – pomyślała.

- Wiedziałem, że ci się spodoba – tym razem w głosie, który był w jej głowie brzmiała nutka rozbawienia.

Mężczyzna siedzący za nią złapał ją wpół, przyciągnął do siebie. Ruszyli. Jechali na zachód. Początkowy wolny chód zmienił się stęp, a później galop. Mężczyznom spieszyło się. Musieli zdążyć przed zachodem słońca. Bolemira miała być złożona w ofierze. Bóg niepokoił ich od dawna. Żądał krwi, krwi dziewiczej wiedźmy.

Droga była długa. Zatrzymywali się tylko wtedy, gdy konie musiały odpocząć. Mężczyźni nie zwracali uwagi na zmęczenie, na uderzające ich po twarzach gałęzie. Byli głusi na prośby kobiety o zatrzymanie. Przed jej myślami i próbami wdarcia się do ich mózgów chroniła ich niewidzialna, ale bardzo silna zasłona. Oni jej nie czuli, ale Bolemira doskonale zdawała sobie sprawę z tego co się dzieje, Mimo wysiłków nie mogła się przedrzeć przez kolejne warstwy lepkiej mgły. Pierwszy raz zdarzyło jej się coś takiego. Nigdy wcześniej nie miała problemów, żeby dotrzeć do myśli innych. Dzięki temu mogła im pomóc. Kiedy kolejna próba nie powiodła się, kobieta zaczęła układać kolejny plan.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>