Dzień drugi czyli o radości płynącej z ważnych spraw

Obudziłam się o 9.00. No dobrze obudziłam się wcześniej, ale miałam w wielkim poważaniu wstanie z łóżka. Jak się idzie spać po trzeciej, to i trudno się dziwić. Wstałam, bo zadzwonił mój dręczyciel. Całą noc musiał myśleć, jak mnie zadręczyć. Wpadł na cudowny pomysł (tfu, żeby mu zielone żaby po kołdrze skakały, a niebieskie misie po ścianach tańczyły) żebym sama ułożyła listę zadań. W planowanie nie bawiłam się od jakiegoś czasu, dokładniej od momentu, kiedy stwierdziłam, że nie chce mi się, bo to i tak większego sensu nie ma, bo wszystko wywraca się do góry nogami. Ale dobrze. Chce, proszę bardzo. Naskrobałam siedem punktów. Nie miał powodów, żeby narzekać, ale to tylko mężczyzna, więc powody znalazł. I powykręcał wszystko kota ogonem. Eh, faceci.

Czytaj dalej

Zmiana

4 lipca 2014 (piątek)

To był trudny dzień. Najpierw martwiłam się o pewne zapalenie płuc, na szczęście w końcu zdiagnozowane i dobrze leczone. Co jak co, ale służbę zdrowia zdecydowanie trzeba leczyć. Wbrew pozorom łatwiej się dostać do lekarza na prowincji niż w wielkim mieście. Na dodatek coraz więcej specjalistów daje się złapać na spokój powiatowych szpitali. Jak zamierzacie się leczyć od razu przeprowadzajcie się na zadupie.

Czytaj dalej

Stach czyli dlaczego jestem leniwa

3 lipca 2014 r. (czwartek)

 

Zaczęło się od smsa z pytaniem dlaczego nie ma wpisu na blogu. Pozwoliłam sobie grzecznie go zignorować. Miałam nadzieję, że zapomni. Poza tym miałam zamiar uzupełnić. Trzy zdania: wywołałam wojnę o most, przejechałam na rowerze 40 km i nic mi się więcej nie chciało. Ale zapomniałam. Coś się działo, coś ktoś chciał i normalnie zapomniałam. Ma lepszą pamięć niż ja. Zadzwonił koło osiemnastej. Żadnego witaj, co słychać, jak się czujesz, tylko od razu: dlaczego nie ma wpisu? Nie wglądał na kogoś, kto ma ochotę pogadać. No to się przyznałam.

Czytaj dalej

Teoria skały

1 lipca 2014 r. (wtorek)

 

Dzisiejszy wpis miałam uzupełnić jutro. Jutro jest środa i zaczyna się nowe życie. Ale po dwóch godzinach snu zadzwonił telefon. Nie powiem, co pomyślałam. Nikt normalny do mnie nie dzwoni po dwudziestej we wtorek. Zwlekłam się z łóżka i wtedy mnie dopadała pewna myśl. Idąc i śpiąc na stojąco, doprecyzowałam całą teorię. Rano sobie ją przeczytam. Ciekawe jak będzie wyglądała, kiedy w końcu się wyśpię.

A w Honolulu pada śnieg

29 czerwca 2014 r. (niedziela)

O ósmej (niedziela jest!) obudził mnie telefon. Badmintoniści dzwonili, żeby oświadczyć, że jeszcze grają. Powiedzmy, że miałam ochotę zabić, natrzeć solą i chili i tak ze cztery razy. Obudzili to wstałam, włączyłam komputer i zrobiło mi się samej siebie żal i w ramach współczucia do własnej osoby poszłam spać. Budzik zadzwonił przed dziesiątą. Dwie dodatkowe godziny snu to cudowna rzecz.

A później w spokoju zjadłam śniadanie (dwa kawałki razowego chleba z sojową wędliną i masę czereśni). I sobie przypomniałam o wędkarzach. Trzeba było iść. Ryby brały, ale… wczoraj. A podczas zawodów oczywiście największe okazy urywały się z haczyków. Inaczej się nie da.

Czytaj dalej

Obrzydliwiec – czyli po co człowiekowi dominujący

28 czerwca 2014 r. (sobota)


Stwierdzam z całą stanowczością, że mam w życiu pecha. Zachciało mi się mieć dominującego, Pana i Władcę, Mastera. No to mam. Oczywiście musiałam trafić na najgorszy ze wszystkich egzemplarzy, no bo jakże by inaczej. Znęca się nade mną psychicznie i fizycznie i absolutnie nie daje się wychowywać. Wyobrażacie sobie równą potworność. A wyglądał tak sympatycznie i miło, ale jak to mawiał jeż, schodząc ze szczotki ryżowej – pozory mylą.

Czytaj dalej


  • RSS